Pasja do lotnictwa pojawiła się w naszej rodzinie właściwie przypadkiem, choć dziś trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Wszystko zaczęło się od mojego męża, który powoli, ale konsekwentnie zaszczepiał tę fascynację naszemu synowi. Najpierw były wspólne przejażdżki na pokazy lotnicze, potem kolejne modele samolotów pojawiające się na półkach, a wreszcie godziny spędzane na rozmowach o maszynach, parametrach, pilotach i manewrach w powietrzu. Z czasem ta pasja zaczęła wymykać się poza ich świat – zaczęła żyć w całym domu.
Przyglądałyśmy się temu najpierw z boku – ja i córka. Ale trudno było się nie zarazić tym entuzjazmem. Najpierw towarzyszyłyśmy im z ciekawości, później z przyjemności, a w końcu z prawdziwego zaangażowania. Coraz częściej pakowaliśmy się wspólnie i ruszaliśmy w drogę na kolejne pokazy lotnicze. Staliśmy razem na lotniskowych trawnikach, zadzierając głowy do góry i czekając na ten charakterystyczny huk silnika, który zawsze zapowiadał coś niezwykłego. Z czasem przestałam być tylko obserwatorem – stałam się jedną z nas. Z rodziny, która po prostu gdzieś jeździ, staliśmy się rodziną lotniczą. Chłopaki zawsze wypatrywali myśliwców, a córka podziwiała serduszka na niebie i pokazy ratownicze.
Wydawało mi się wtedy, że to już jest piękne i wystarczające. Że pasja, którą się dzielimy, tworzy coś wyjątkowego. Ale życie potrafi zaskakiwać. Bo gdy trafiłam do ekipy Supersonic Pilot, poczułam coś, czego się nie spodziewałam – że można wejść jeszcze głębiej w ten świat i odnaleźć w nim swoje własne miejsce.
Nie znałam wcześniej dobrze samolotu Su-22. Kojarzyłam go z pokazów, ale nie rozumiałam go. Aż do momentu, w którym zaczęłam go poznawać nie tylko jako maszynę, ale jako bohatera historii – historii ludzi, którzy nim latali, którzy go obsługiwali, którzy go kochali. I wtedy praca nad książką stała się czymś więcej niż zadaniem. Stała się przygodą, spotkaniem z ludźmi, którzy tak jak my noszą w sobie tę samą pasję – niezależnie od tego, czy siedzą za sterami, stoją przy kamerze, piszą teksty, czy koordynują cały projekt.
Tutaj muszę wspomnieć o jeszcze jednym ważnym aspekcie – o wsparciu technicznym, bez którego wiele rzeczy w tej książce nie byłoby opisanych tak, jak być powinno. Tomek – autor książki – z ogromną cierpliwością tłumaczył wszystkie niezrozumiałe terminy i lotnicze niuanse. Zawsze mogłam liczyć na to, że jeśli coś jest niejasne, to Tomek wytłumaczy to tak, że zrozumiem. Czasem jedno słowo, czasem kilkuminutowy wykład – ale zawsze z życzliwością i entuzjazmem. Dzięki niemu nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia stawały się dla mnie zrozumiałe.
W sytuacjach, w których nie chciałam już zawracać głowy autorowi albo był akurat w przestworzach, to mąż i syn byli bezcennym źródłem wiedzy. Kiedy miałam wątpliwości, pukałam do sąsiedniego pokoju z pytaniem: „A jak to działa?”, „Czy to mogło wyglądać w ten sposób?”, „Czy pilot w takiej sytuacji robi to czy tamto?”. I zawsze dostawałam odpowiedź – precyzyjną i technicznie poprawną.
Tomku, Dagmaro, Izo – każde z Was wniosło do tego projektu coś wyjątkowego. Razem stworzyliśmy znacznie więcej niż publikację. Stworzyliśmy atmosferę współpracy, która przypominała mi to, co czułam w domu, gdy odkrywaliśmy lotnictwo jako rodzina. I może zabrzmi to górnolotnie, ale naprawdę wierzę, że przyciągają się ludzie, których łączy autentyczna pasja. Bo tylko z takiego spotkania mogło powstać coś tak szczerego.
Kiedy ponownie usłyszę huk silnika nad głową, wiem, że nie spojrzę w niebo tylko jako widz. Spojrzę jak ktoś, kto naprawdę wie, co znaczy kochać lotnictwo.